PanSamochodzik.net.pl Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Andrzej Nadolski - Nemsta - Zwierzenia archeologa
Autor Wiadomość
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8192
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2016-12-22, 07:37:50   Andrzej Nadolski - Nemsta - Zwierzenia archeologa



1964 Andrzej Nadolski, “Nemsta” z “Uroczyska”, pisał w “Odgłosach” w serii artykułów zatytułowanej “Zwierzenia archeologa” o swoich zawodowych doświadczeniach terenowych. Warto je czytać i dzisiaj, by zrozumieć, w jakich trudnych warunkach archeolodzy pracowali w Polsce w latach 40-tych i 50-tych. Nadolski, świadomy chyba, że pisze “tylko” dla “Odgłosów”, starał się przy tym o ton typowo popularno-naukowy, żartobliwy, za co mu dzięki.

Pierwszy z artykułów dla nas jest szczególnie ciekawy, jako że opisuje ekskawację starej studni nie gdzie indziej a na terenie grodziska w Tumie pod Łęczycą. Mieliśmy już na forum zdjęcie takiej studni…



ta z artykułu to chyba jednak inna, było ich bowiem kilka.

Artykuł kończy się niemniej ciekawym wywodem o “świętych górach“ Polaków, śląskiej Ślęży-Sobótce i świętokrzyskiej Łysej Górze, jak również o trzeciej kandydatce, oczywiście z punktu widzenia archeologa.


Zwierzenia archeologa.

Ilekroć ujrzę ten daleki kureń
(zwłaszcza jeżeli jest wicher i słota)
rymuję sobie do wyrazu: dureń,
albo do słowa: idiota.

Lecz gdy nastąpi czarodziejska wiosna
wskrzesają w duszy myśliwskie wspomnienia
i gna mnię znowu tęsknota miłosna
właśnie do tego kurenia...


Julian Ejsmond, poeta i myśliwy, pisał o jakimś szałasie-kureniu zagubionym wśród lasów i bagien, który choć wiatrem podszyty, mokry i zadymiony stal się dlań widomym symbolem łowieckich przygód i łowieckiej swobody. Każdy archeolog odnajdzie w owych wierszach jakąś nutę znajomą. Każdy z nas chowa w pamięci taki „kureń“ (obojętnie czy będzie to barak, namiot, czy wiejska izdebka), do którego wracał z wykopu po długich godzinach borykania się ze słotą, wiatrem i chłodem, jakże często po to, aby przy marnym świetle naftowej lampki zasiąść do nie kończącej się inwentaryzacji zabytków , uzupełniania notat, albo co gorsza do odrabiania pańszczyzny rachunkowo-administracyjnej tej największej zmory naukowca. A sam wykop! Z brzydką zawiścią myślimy wówczas o warsztacie naszych pobratymców — historyków: biureczko z jasną lampą, wygodne krzesełko, zaciszny pokoik, w najgorszym razie czytelnia w bibliotece naukowej... I po co było pchać się na tę archeologię?

„Lecz gdy nastanie czarodziejska wiosna..." ach, wówczas wielkim głosem poczyna nas wołać TEREN. A kontakt z terenem broni nas przed zamknięciem się w ciasnych ścianach własnej pracowni, zbliża nas nie tylko do przygody, ale i do społeczeństwa. Archeologia, na pozór tak daleka od spraw współczesności, w istocie należy do nauk najściślej związanych z dniem dzisiejszym, reagujących niezawodnie na wszystkie przemiany kształtujące naszą najbardziej aktualną rzeczywistość. Rozpoczęcie prac związanych z tworzeniem nowego, wielkiego obiektu przemysłowego odbija się natychmiast na naszych planach naukowych, w postaci obowiązku przeprowadzenia badań na terenie objętym budową. Kłopoty z niedoborem sił roboczych na wsi stają się naszym: własnymi kłopotami przy organizowaniu ekspedycji w niektórych regionach kraju. Aktywizacja życia kulturalnego prowincji, to dziedzina, z którą w czasie sezonu wykopaliskowego spotykamy się codziennie, w najróżniejszych aspektach. Jakże często odgrywamy tu rolę pionierów!

Trzeba przyznać, że teren kryje w sobie przedziwne komplikacje. Czy filolog albo historyk bywa zmuszony w ramach swych normalnych obowiązków naukowych do karczowania lasu, sypania grobli, przeciągania linii elektrycznej, udowy mostów i baraków, kopania studni? Piszący te słowa i liczni jego koledzy po archeologicznym fachu mają za sobą aż nadto takich imprez z którymi jakoś musieli się uporać, aby stworzyć sobie i swemu personelowi warunki umożliwiające podjęcie lub kontynuowanie akcji badawczej. Zresztą z tą akcją badawczą też bywa rozmaicie! Wspomniałem tu o studniach. Otóż nie ulega wątpliwości, że czymś znacz nie gorszym od kopania studni nowej jest... odkopywanie studni zabytkowej.
Studnie zabytkowe prześladowały nas w czasie badań archeologicznych w Łęczycy. Na samym grodzisku odkryliśmy dwie, a jak się potem okazało, kilka następnych czekało na swą kolejkę w bliższej i dalszej okolicy, pierwsza studnia grodowa, szanowna, bo pochodząca z XII—XIII wieku objawiła się nam jako potężna kwadratowa jama ocembrowana solidnie drewnem łączonym na zrąb. Wnętrze wypełniał zgęstniały muł. Dzięki wilgotnemu otoczeniu drewno cembrowiny zachowało się świetnie i początkowo byliśmy przekonani, że cały obiekt uda nam się wyeksplorować aż do dna.



Nabraliśmy się fatalnie. Woda; która tak pięknie zakonserwowała drewnianą konstrukcję studzienną, okazała się teraz poważną przeszkodą. Codziennie rano zastawaliśmy wnętrze studni zatopione i codziennie przed przystąpieniem do właściwej pracy musieliśmy je odwadniać. Wszystkie pompy ręczne i mechaniczne, jakie tylko udało nam się wówczas zmobilizować, zawodziły kolejno zatykając się piaskiem i mułem. W końcu jedynym przydatnym narzędziem okazały się tradycyjne wiadra, podawane systemem strażackim, z rąk do rąk, istna prahistoria! Gdy wykop był jeszcze płytki i wody w nim niezbyt wiele, szło to jako tako, ale im głębiej kopaliśmy, tym obficiej napływała woda, dążąca oczywiście do wyrównania poziomu, tym dłużej trzeba było namozolić się, by ją wyczerpać do końca. Wreszcie doszło do tego, że „łańcuch pożarniczy“ uzbrojony w wiadra pracować musiał codziennie przez 5-6 godzin, aby umożliwić 1-2 godzinną eksplorację wnętrza nieszczęsnej studni. Nazajutrz wszystko zaczynało się od nowa i tak trwało dobre kilka tygodni. Zaniepokoiła nas wreszcie głębokość wykopu. Sięgała już paru metrów, a dna studziennego ani jeszcze widać nie było. Belki cembrowiny stanowiły wprawdzie wcale niezłe szalowanie, ale bądź co bądź liczyły już sobie tych 8 wieków, mogły odmówić dalszej służby. Właściwie należało zastosować stemple z świeżego drewna, jednak po pierwsze nie tak to łatwe w Polsce zdobyć od ręki odpowiednie drewno, po wtóre cembrowina studni początkowo obszerna ku dołowi znacznie się zwęziła. Użycie stempli zredukowałoby niemal do zera możność obserwacji tak już ograniczoną. Sprowadziliśmy jakiegoś eksperta od robót ziemnych. Przyszedł, popatrzył i orzekł, że „chyba“ możemy kopać dalej. To jest wypadek nietypowy i on nie spotykał się jeszcze z czymś podobnym. Myśmy się też z czymś podobnym nie spotykali i bardzo chcieliśmy się przestać spotykać, mimo całego naszego zapału do badań archeologicznych. Postanowiliśmy użyć metody radykalnej: przedłużyć dniówkę ile się tylko da, choćby do nocy i zakończyć całą robotę zanim woda, wyczerpana przed południem znowu napłynie. System zdał egzamin. Po kilkunastogodzinnej, nieustannej pracy dotarliśmy do dna studni, na głębokości ok. 8 metrów pod po ziomem grodowego dziedzińca. Leżało tam drewniane, świetnie za chowane wiaderko z urwanym pałąkiem i każdy z nas mimo woli przebiegł myślą kilkaset lat dzielących nas od chwili, w której jakiś mieszkaniec łęczyckiego grodu zafrasowany, pochylał się nad ciemną powierzchnią wody, aby dojrzeć bodaj ślad swojej straconej własności.

W ciągu kilku ostatnich godzin nie wchodziłem do ciasnego wykopu, nie chcąc przeszkadzać tym, którzy bezpośrednio trudzili się nad jego eksploracją, ale gdy wreszcie oczyszczono dno studzienne, gdy dokonano potrzebnych pomiarów, gdy wszyscy z niewątpliwą satysfakcją opuścili głęboką czeluść, postanowiłem zejść na sam dół. Chciałem bezpośrednio przekonać się czy zbadano wszystko co się zbadać dało. Uważałem zresztą, że jako bezpośredni kierownik ekspedycji muszę wleźć dla zasady tam, dokąd włazili inni. Cóż, był rok 1950 i obywatele PRL, a zwłaszcza przedstawiciele roczników około 1920 nie odzwyczaili się jeszcze od dość niefrasobliwego traktowania własnych i cudzych kości. Nie powiem, żebym nie miał… tremy, gdy stałem na najwyższym szczeblu drabiny, spoglądając w ciemniejącą pode mną jamę. Nie dodała mi też otuchy flegmatyczna uwaga pana Massena, łęczycanina, naszego długoletniego współpracownika: „niech się pan kierownik pośpieszy, bo ta ściana siądzie". Wlazłem, obejrzałem warstwę kamieni, którą było wybrukowane dno studni, i wylazłem godnie, choć bez pośpiechu. Ściana siadła, ale dopiero w pół godziny później, bardzo uprzejmie z jej strony. Ot, miał człowiek więcej szczęścia niż… nie! nie dokończę, nie mogę podrywać mego aktualnego profesorskiego autorytetu. Na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, iż gdy niebawem przyszło nam (ku naszemu lekkiemu przerażeniu!) rozkopywać następną studnię grodową, zastosowaliśmy od razu stemplowanie, a kiedy nie udało się mimo wszelkich starań zdobyć odpowiedniej ilości drew na na stemple — przerwaliśmy robotę.



Druga studnia grodowa w Łęczycy nie została zbadana do dna z niewątpliwym uszczerbkiem dla wiedzy, ale może z niemałą korzyścią dla zdrowia odkrywców. Wbrew przysłowiu okazaliśmy się mądrzy przed szkodą.

Nasza zdobycz uzyskana we wnętrzu pierwszej studni nie ograniczyła się do owego romantycznego wiaderka. Oprócz potężnej porcji skorup z potłuczonych naczyń glinianych, oprócz mnóstwa kości zwierzęcych (smacznego tym, co niegdyś z tej studni wodę czerpali!), znaleźliśmy tam liczne ciekawe przedmioty z drewna, skóry i włókna, a więc z materiałów, które w suchych warstwach kulturowych łęczyckiego grodziska niszczały na ogół bez reszty. Wśród nich, na szczególną uwagę zasługują słynne już w świecie naukowym drewniane figurki falliczne, niewątpliwe ślady zabiegów magicznych, tym ciekawszych, że praktykowano je w kraju od co najmniej 200 lat chrystianizowanym, o krok od potężnych murów tumskiej kolegiaty, będącym niewątpliwie ważnym ośrodkiem władzy kościelnej.



Silnie tkwiła w obyczajach społeczeństwa tradycje dawnych, przedchrześcijańskich wierzeń. Poglądy nauki na zagadnienie pogańskiej religii naszych przodków sprzed tysiąca lat, przybyły w ciągu wieków ciekawą ewolucję. Początków tej ewolucji szukać trzeba w dziełach Długosza. Dawne bóstwa były w oczach wiernych sług średniowiecznego Kościoła szkaradnymi demonami, wysłannikami piekieł, ale Długosz jako historych to nie tylko duchowny, to także gorący miłośnik ojczystych dziejów, ojczystej przeszłości. Może właśnie dlatego pod znakomitym piórem uczonego kanonika rozkwitł wspaniale “polski Olimp” pełen bożków o zagadkowych imionach “Jesza”, “Łada”, “Nija”, “Dziewana”, Olimp nie wiele gorszy od swego antycznego prawzoru. Przez długie lata Długoszowa relacja cieszyła się powszechnym uznaniem, ale w końcu przyszedł czas jej zmierzchu. Pod “mędrca szkiełkiem i okiem/, bladł i marniał Olimp polski, aż zmarniał niemal do szczętu. Pozostał zeń prymitywny kult sił przyrody uosobionych w postaciach licznych demonów polnych, leśnych i wodnych, pozostał kult zmarłych przodków (zmieniających się czasem w groźne upiory i strzygi), pozostały wreszcie niezbyt wyraźne echa wiary w jakieś wyższe bóstwa, wśród których naczelne miejsce zajmował Swarożyc, władca słońca i ognia. Brakowało przy tym w naszych dziejach i na naszej ziemi (z wyjątkiem zachodniego Pomorza) śladów bardziej zaawansowanej organizacji przedchrześcijańskich wierzeń. Nie znajdowaliśmy u nas niczego, co dałoby się po rów nać z przepychem pogańskich świątyń i patosem obrzędów , do brze znanych ze słowiańskiego Połabia. Dopiero ostatnie lata, lata wytężonych badań nad początkami Państwa Polskiego rzuciły no we światło także i na tę ważną dziedzinę naszej tradycyjnej kultury. Nie chodzi tu bynajmniej o falliczne rzeźby łęczyckie, ani też o inne, mniej szokujące amulety i figurki, dosyć licznie znane z wielu polskich stanowisk archeologicznych. Mam na myśli zabytki wyższych form kulut pogańskiego, odkryte według wszelkiego prawdopodobieństwa na dwóch słynnych górach: śląskiej Ślęży-Sobótce I świętokrzyskiej Łysej Górze. W obu wypadkach chodzi o wybitne wzniesienia, widoczne z dala, panujące nad całą okolicą. W obu wypadkach szczyty tych wzniesień otoczone są potężnymi walami kamiennymi. Nie są to grodziska. Brak wody w pobliżu, niedogodna komunikacja z otoczeniem, stano wiły zbyt poważne przeszkody dla zwykłego osadnictwa. Zwykłego, bo na obydwóch górach umieściły się z czasem osady szczególnego rodzaju: benedyktyńskie klasztory. Ślężyński nie utrzymał się w trudnych warunkach klimatu środowiska, Świętokrzyski przetrwał do dnia dzisiejszego. Taktyka misyjna kościoła polegająca na “chrystianizowaniu” ośrodków wierzeń pogańskich jest powszechnie znana. W tym świetle charakter obu klasztorów, a także charakter poprzedzających je kamiennych kręgów przestawia się bardzo interesująco. Dodajmy do tego opis Ślęży-Sobótki zaczerpnięty z kroniki Thietmara (pocz. XI wieku): „Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako że odprawiano na niej przeklęte, pogańskie obrzędy“. Nie można wreszcie zapominać o roli jaką Ślęża-Sobótka gra w śląskich baśniach jako miejsce wszelakich czarów i cudowności. No, a Łysa Góra! Ta już wyrobiła sobie w folklorze polskim zupełnie jednoznaczną, nawet przysłowiową opinię! Jakie to „przeklęte pogańskie obrzędy“ odprawiano na grzbietach gór otoczonych kamiennymi kręgami? Czy palono tam święte ognie? Urządzano rytualne tańce? Śpiewano pieśni? Składano ofiary? Na razie brak nam odpowiedzi na te pytania. Nie ulega jednak wątpliwości, że wały na Ślęży i Łysej Górze to rezultat zorganizowanego wysiłku tysięcy ludzi, świadczą o tym rozmiary konstrukcji. Kulty pogańskie na ziemiach polskich nie były chyba tak prymitywne i tak anemiczne, jak to zdawao się sceptykom z samym Brucknerem na czele.
W chwili obecnej mona się zresztą liczyć z ujawnieniem jeszcze jednej, trzeciej z kolei „świętej góry“ o tyle dla nas interesującej, że położonej na terenie dzisiejszego województwa łódzkiego.



Jest nią Góra Chełmowa, koło Radomska, Przypomina żywo, choć w skromniejszej skali obie swe sławne poprzedniczki. Jak one wznosi się samotnie nad całą okolicą. Jak one dźwiga wokół szczytu pierścień kamiennego wału. Przyszłe badania wyjaśnią zapewne charakter tego ciekawego stanowiska. Przyszłe badania... Mogą one zgotować nam wiele zaskakujących niespodzianek, nie zawsze przyjemnych. Nie wszyscy (mam na myśli także i archeologów) pamiętamy, że śledzenie pozostałości minionych wierzeń, bywa jednym z najtrudniejszych zadań w całej archeologii. Zawodzi nas tu skądinąd wypróbowana metoda interpretowania zjawisk archeologicznych, polegająca na założeniu, iż ludzie z przedwieków, ludzie których sprawy śledzimy, postępowali racjonalnie. Niestety, wierzeń nic da się wtłoczyć w racjonalne ramy, a gdy te ramy raz prysną, bardzo, aż za bardzo łatwo zejść z drogi nauki na niebezpieczne manowce fantazji. Ale o tym może już innym razem.

"Odgłosy", 9 II 1964
 
 
Szara Sowa 
Ojciec Zarządzający



Pomógł: 57 razy
Wiek: 51
Dołączył: 24 Paź 2008
Posty: 34064
Skąd: Poznań
Wysłany: 2016-12-22, 09:36:33   

W zawiązaniu do studni, która się zawaliła, to 2 lata temu mieliśmy w Poznaniu wypadek zasypania archeolożki na Ostrowie Tumskim. Kobieta trafiła do szpitala, przeżyła ale trauma pewnie jej zostanie do końca życia...

./redir/epoznan.pl/news-news-52802-Archeolozka_przysypana_w_wykopie_jest_w_powaznym_stanie

Archeolożka przysypana w wykopie jest w poważnym stanie

W poniedziałek informowaliśmy o wypadku, do którego doszło na wykopaliskach, które prowadzone są na Ostrowie Tumskim. Początkowo informowano, że uratowana archeolożka nie doznała poważnych obrażeń, ale dziś okazało się, że kobieta została podłączona do respiratora, a jej stan jest ciężki.
Przypominamy, że do wypadku doszło w poniedziałek przed godziną 15. W trakcie prac wykopaliskowych osunęła się jedna ze ścian wykopu i przysypała pracującą archeolożkę. Do pomocy szybko rzucili się inni archeolodzy, a kilka minut po zgłoszeniu na miejscu pojawiła się straż pożarna. Kobieta została szybko wydobyta z wykopu i trafiła do szpitala. Początkowo informowano, że kobieta nie doznała poważnych obrażeń, ale dziś okazało się, że u pacjentki stwierdzono ostrą niewydolność oddechową - Lekarze stwierdzili u pacjentki ostrą niewydolność oddechową. Musiała zostać podłączona do respiratora. Mówiąc wprost, nie jest w stanie sama oddychać. Stan kobiety jest stale monitorowany - powiedział w rozmowie z Gazetą Wyborczą Stanisław Rusek, rzecznik szpitala na Szwajcarskiej.
_________________
Ostatnio zmieniony przez Szara Sowa 2017-11-09, 18:22, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
 
Kynokephalos 
Moderator
Przewodniczący Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 30 razy
Dołączył: 07 Cze 2011
Posty: 4621
Skąd: z dużego miasta.
Wysłany: 2016-12-23, 11:35:52   

John Dee napisał/a:
Warto je czytać i dzisiaj

Zdecydowanie warto!

Z ogólniejszych spraw:
Cytat:
kontakt z terenem broni nas przed zamknięciem się w ciasnych ścianach własnej pracowni, zbliża nas nie tylko do przygody, ale i do społeczeństwa. Archeologia, na pozór tak daleka od spraw współczesności, w istocie należy do nauk najściślej związanych z dniem dzisiejszym, reagujących niezawodnie na wszystkie przemiany kształtujące naszą najbardziej aktualną rzeczywistość. Rozpoczęcie prac związanych z tworzeniem nowego, wielkiego obiektu przemysłowego odbija się natychmiast na naszych planach naukowych, w postaci obowiązku przeprowadzenia badań na terenie objętym budową. Kłopoty z niedoborem sił roboczych na wsi stają się naszym: własnymi kłopotami przy organizowaniu ekspedycji w niektórych regionach kraju. Aktywizacja życia kulturalnego prowincji, to dziedzina, z którą w czasie sezonu wykopaliskowego spotykamy się codziennie, w najróżniejszych aspektach. Jakże często odgrywamy tu rolę pionierów!

Przypomniało mi to fragment "Uroczyska", zresztą w "Relikwiarzu" usunięty:
Cytat:
- Posłuchaj mnie - przerwał mi. - [--] Wydaje mi się, że dziś jeden kiepski inżynier-budowniczy więcej jest wart i bardziej potrzebny niż stu najzdolniejszych archeologów. Patrzę na pracę innych, zadaję sobie pytanie: a co ty robisz? Co odpowiem, jeśli ktoś zapyta mnie w ten sposób? Zaprowadzę go do muzeum i otworzę salę, gdzie zgromadzono odnalezione przeze mnie skorupy? Śmiechu warte - zaśmiał się z goryczą.
[--]
Rozumiałem [--], że w takich chwilach człowiek szuka u drugiego zaprzeczenia swych wątpliwości, potwierdzenia tego, co sam wie, ale czego nie dopuszcza do swej świadomości. Czym jest naród bez kultury? - mówiłem Nemście. - Naród bez kultury jest jakimś klocem bezdusznym. W niesprzyjającym dla niego czasie zgnije tak, że i ślad po nim zaginie. Naród, który chce iść szybko naprzód, musi wiedzieć, skąd przyszedł, jakie są jego dzieje. Poznaniu tych dziejów służy archeologia. Czyż trzeba więc uzasadniać jej potrzebę dla narodu?

Mam wrażenie, że zacytowany wyżej akapit z "Odgłosów" to nie konwencjonalna wstawka mająca nadać artykułowi właściwy społeczny wydźwięk, rodzaj koniecznej ale rutynowej ofiary złożonej na ołtarzu (ówczesnej) politycznej poprawności. Mam wrażenie, że Andrzej Nadolski miał rzeczywiście tendencje do patrzenia na zjawiska, między innymi na własną pracę, w bardzo szerokim kontekście, oraz że był świadomym patriotą w pozytywistycznym sensie.

Pozdrawiam,
Kynokephalos
_________________
Wonderful things...

Ostatnio zmieniony przez Kynokephalos 2016-12-23, 14:40, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-26, 23:30:16   

Kynokephalos napisał/a:
Mam wrażenie, że zacytowany wyżej akapit z "Odgłosów" to nie konwencjonalna wstawka mająca nadać artykułowi właściwy społeczny wydźwięk, rodzaj koniecznej ale rutynowej ofiary złożonej na ołtarzu (ówczesnej) politycznej poprawności. Mam wrażenie, że Andrzej Nadolski miał rzeczywiście tendencje do patrzenia na zjawiska, między innymi na własną pracę, w bardzo szerokim kontekście


:564:

Tak jest, po prostu stwierdzał fakty.
W innym miejscu dyskutowaliśmy już o autorefleksjach powieściowego Nemsty i przeważała opinia, że są jak najbardziej na miejscu:

http://pansamochodzik.net...p=179585#179585

Nie pamiętam już jak "wyszliśmy" na prof. Andrzeja Nadolskiego jako na możliwy pierwowzór Nemsty :zdziw:
Ale w tekście możemy znaleźć w tekście pewne fragmenty wspierające tę hipotezę: wiadomo, że głównym przedmiotem zainteresowania Andrzeja Nadolskiego były broń i uzbrojenie - o czym jeszcze za chwilę. I oto w rozdziale XIII Nemsta na pytanie redaktora o możliwość znalezienia złota w kurhanie, odpowiada, że bardziej by życzył sobie znaleźć komplet uzbrojenia wojownika z epoki brązu, "bo taki jest potrzebny naszemu muzeum".
Przypomnę - bo już gdzieś o tym pisałem - że w latach 70-tych szedł u nas w TV znakomity francuski serial dokumentalny "Wielkie bitwy historii" ("Les grandes batailles du passe"). I w odcinku poświęconym Grunwaldowi (a jakże) właśnie Andrzej Nadolski był jednym z prowadzących.
On także był prowadzącym w najlepszych chyba z polskich seriali dokumentalnych "Biała Broń", gdzie szermierkę demonstrował znakomity szablista, srebrny i brązowy medalista olimpijski Wojciech Zabłocki.
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2016-12-26, 23:36, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2016-12-31, 00:01:45   

W znanym nam już czasopiśmie archeologicznym „Z otchłani wieków” widniała m. in. rubryka „Poczet archeologów polskich”.
W roczniku XXXVI, 1970, w zeszycie 4 na str. 330-331 znajdujemy taką oto notatkę o Andrzeju Nadolskim:

„Szczupła, sucha sylwetka prof. dr Andrzeja Nadolskiego dobrze jest znana społeczności archeologicznej, młodzieży akademickiej oraz dużemu gronu czytelników. Jego bluzy koloru khaki – ulubiony strój – stały się przysłowiowe.
Urodzony w Krakowie w 1921 r., w latach wojny czynny w konspiracji, wyrobił w sobie cenne talenty organizacyjne i chyba już w tym czasie zainteresowania historią wojskowości i uzbrojenia. Profesor Nadolski chlubi się, że jest wychowankiem Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie studiował pod kierunkiem prof. dr Konrada Jażdżewskiego, gdzie uzyskał wszystkie stopnie naukowe, z tytułem profesora zwyczajnego włącznie i gdzie przechodził po drabinie funkcji od asystenta do prorektora (w latach 1965/66 – 1967/68) i rektora (w1968/69). Obecnie jest kierownikiem Zakładu Archeologii Średniowiecznej w Katedrze Archeologii U.Ł. Jego jasne wykłady są lubiane przez studentów, a seminaria ściągają tych, którzy chcą się nauczyć pisania dobrych prac naukowych. Ale praca uniwersytecka nie wyczerpuje wielostronnej działalności Andrzeja Nadolskiego. Od roju 1948 pracował on w Kierownictwie Badań nad Początkami Państwa Polskiego, a od 1954 r. w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN, dochodząc do obecnego stanowiska kierownika Zakładu Archeologii Polski Środkowej IHKM W Łodzi i członka Rady Naukowej Instytutu. Właśnie jako pracownik wyżej wymienionych instytucji Andrzej Nadolski kierował wieloletnimi badaniami archeologicznymi w Łęczycy (rozpoczętymi przez Konrada Jażdżewskiego), potem badaniami w rejonie Śpicimierza, w obu przypadkach umiejętnie dobierając grono współpracowników i doprowadzając do odkrycia ważnych wczesnośredniowiecznych zespołów osadniczych. Umiejętność tworzenia zespołu i kierowania nim odbija się w publikacjach, których jest współautorem jak: „Cmentarzysko z XI w. W Lutomiersku pod Łodzią” (Łódź 1959), „łęczyckie opactwo Panny Marii w świetle badań z lat 1954-56” (Łódź 1960) i „Łęczyca Wczesnośredniowieczna”, t I (Wrocław-Warszawa-Kraków 1966). Bierze też udział w kierowanych ze strony polskiej przez W. Hensla polsko-francuskich badaniach nad średniowiecznymi wsiami opuszczonymi, bezpośrednio kierując jedną z grup w Mantaigut, dep. Tarn i Dracy, dep. Cote d’Or. Działalność w Burgundii przynosi mu godność członka korespondenta Academie des Sciences Arts et Belles-Lettres de Dijon.
Lecz dla wszystkich, którzy się stykają z Andrzejem Nadolskim i jego pracami, jest on przede wszystkim bronioznawcą i historykiem wojskowości. W wielu bibliotekach poszukiwane są jego „Studia nad uzbrojeniem polskim X, XI i XII w.” (Łódź 1954), „Polskie siły zbrojne w czasach Bolesława Chrobrego (Łódź 1956), „Wojskowość polska w okresie wczesnofeudalnym” (z A. F. Grabskim) w „Zarysie dziejów wojskowości polskiej”, t. I, 1965 oraz liczne artykuły, w tym ostatnio publikacja fascynującego znaleziska z Siedlątkowa („Hełm i fragmenty zbroi znalezione w Siedlątkowie nad Wartą” w „Studiach do dziejów dawnego polskiego uzbrojenia i ubioru wojskowego”, cz. IV., 1969). Jest członkiem korespondentem londyńskiego The Arms and Armour Society, w którego organie umieszcza swe artykuły, oraz działaczem Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy. Aby doczekać się uczniów w tej specjalności, doprowadza do powstania w Zakładzie Archeologii Polski Środkowej IHKM PAN w Łodzi osobnego Zespołu Historii Uzbrojenia.
Dodajmy na koniec, że jest znakomitym popularyzatorem, którego książka „Ścieżki archeologów”, zjednała mu licznych i życzliwych czytelników.”

Notatkę uzupełnia zdjęcie profesora Andrzeja Nadolskiego.
_________________
Z 24
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8192
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2016-12-31, 11:25:21   

Kynokephalos napisał/a:
Mam wrażenie, że zacytowany wyżej akapit z "Odgłosów" to nie konwencjonalna wstawka mająca nadać artykułowi właściwy społeczny wydźwięk, rodzaj koniecznej ale rutynowej ofiary złożonej na ołtarzu (ówczesnej) politycznej poprawności. Mam wrażenie, że Andrzej Nadolski miał rzeczywiście tendencje do patrzenia na zjawiska, między innymi na własną pracę, w bardzo szerokim kontekście, oraz że był świadomym patriotą w pozytywistycznym sensie.

Takie było również moje wrażenie, Kynokephalos. Myślę, że mógł pisać, co chciał, wszak były to “tylko Odgłosy”, sądzę zatem, że w tym wypadku nie napotkamy jakichś koncesji wobec “politycznej poprawności” roku 1964, tu mamy Nadolskiego w czystej formie, snującego te refleksje w całej szczerości.



Z24 napisał/a:
w latach 70-tych szedł u nas w TV znakomity francuski serial dokumentalny "Wielkie bitwy historii" ("Les grandes batailles du passe"). I w odcinku poświęconym Grunwaldowi (a jakże) właśnie Andrzej Nadolski był jednym z prowadzących.


Znaleźć można ten odcinek na youtube:


https://www.youtube.com/watch?v=WTxOuoumH5k

Masz rację, program jest znakomicie zrobiony, analiza faktów historycznych jest bez zarzutu, a całość nafaszerowano scenami ze słynnych filmów o krzyżakach. Obok Nadolskiego głos zabierają również profesorzy Bronisław Geremek, Alexander Gieysztor i Karol Górski - wszyscy, z Nadolskim włącznie, posługując się przy tym, jak słyszymy, płynnym, bezbłędnym francuskim. Chapeau!

Nadolskiemu przydała się znajomość języka francuskiego jako członkowi-korespondentowi Academie des Sciences Arts et Belles-Lettres de Dijon i uczestnikowi owych badań w departamencie Cote d’Or, o których dowiadujemy się z Twojego postu, Zecie.

Również dowiadujemy się z niego, że był “członkiem korespondentem londyńskiego The Arms and Armour Society, w którego organie umieszcza swe artykuły”! No proszę, jaką zdumiewającą karierę “Nemsta” zrobił, odkryto i doceniano go również za granicą. Bardzo pożyteczny, ten jego portret, który dla nas wygrzebałeś, Zecie. :564:

Z24 napisał/a:
Jego bluzy koloru khaki – ulubiony strój – stały się przysłowiowe.


Ja widzimy, nie zaniedbał przyodziać go również w "Les grandes batailles du passe”: :D



Ostatnio zmieniony przez John Dee 2016-12-31, 12:34, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8192
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-01-03, 19:44:40   

Dla angielskiego "Journal of The Arms & Armour Society" Nadolski napisał następujące artykuły:

Nadolski, A. Ancient Polish Arms and Armour. pp. 29-39 Vol. 4, No. 2, (June 1962)

Nadolski, A. Ancient Polish Arms and Armour. Part II. pp. 170-186. Vol. 4, No. 9, (March 1964)

Nadolski, Andrzej. Szczerbiec — The Polish Coronation Sword. pp. 183-184. Vol. 6, No. 6, (June 1969)

(Źródło: ./redir/www.armsandarmour...TENTS-Vol-1.pdf )



Udało mi się znaleźć kopię jego artykułu z roku 1964, wraz ze zdjęciami - kto chce, może zajrzeć do niego tu:

./redir/polisharms.com/ancient1/
./redir/polisharms.com/ancient2/
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-05, 21:47:12   

John Dee napisał/a:
Bardzo pożyteczny, ten jego portret, który dla nas wygrzebałeś, Zecie. :564:


:564:

Cała przyjemność po mojej stronie :) . Teraz poluję na tę jego książkę "Ścieżki archeologów". Może tam będą jakieś ciekawe dla nas wiadomości? Na razie jednak bez rezultatów :/ .
_________________
Z 24
 
 
John Dee 
Moderator
Uwielbia Samochodzika



Pomógł: 65 razy
Dołączył: 06 Wrz 2014
Posty: 8192
Skąd: Niemcy
Wysłany: 2017-01-06, 07:05:43   

Z24 napisał/a:
Cała przyjemność po mojej stronie :) . Teraz poluję na tę jego książkę "Ścieżki archeologów". Może tam będą jakieś ciekawe dla nas wiadomości? Na razie jednak bez rezultatów :/ .

./redir/allegro.pl/sciezki-archeologow-nadolski-i6337075046.html
10 zł z dostawą. ;-)
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2017-01-06, 12:11:37   

Dzięki, ale ja nie korzystam z tego sklepu :D
_________________
Z 24
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-26, 20:55:56   

No i udało mi się zdobyć „Ścieżki archeologów” Andrzeja Nadolskiego. Jest to zbiorek reportaży-felietonów z lat 1964-1965, wydany przez Wydawnictwo Łódzkie, w Łodzi w roku 1967. Pierwotnie były one drukowane zapewne w „Odgłosach”. Książeczka zawiera wkładkę z fotografiami: niestety, pozostawia ona sporo do życzenia pod względem edytorskim. Tym niemniej zdjęcia są bardzo interesujące. Opowieści naszego znakomitego uczonego nawiązują do prac archeologicznych nie tylko w Polsce, ale również we Francji.
Nie wiem, kto pierwszy skojarzył prof. Andrzeja Nadolskiego z powieściowym Nemstą, ale ten pomysł wydaje mi się wyjątkowo udany. Nie tylko dlatego, że możemy te postaci skojarzyć poprzez pracę na tych samych lub takich samych stanowiskach archeologicznych, ale może – a nawet przede wszystkim – dlatego, że odnosi się wrażenie, że to właśnie prof. Andrzej Nadolski był takim cicerone ZN na ścieżkach archeologii. W każdym razie we wspomnieniach i relacjach Profesora można wyczuć ten sam klimat, uchwycony przez ZN i zaklęty w jego powieściach.
Nie twierdzę, że ta książeczka – czy drukowane wcześniej w „Odgłosach” jej składowe – inspirowała bezpośrednio naszego pisarza, zważywszy, że większość tematyki archeologicznej ZN „przepracował” grubo przed ukazaniem się tego tomiku. Ale – jestem o tym przekonany – znał dobrze te historie z opowiadań albo samego prof. Andrzeja Nadolskiego albo też innych uczestników wydarzeń, jak oczywiście (i zapewne między innymi) prof. Jerzy Kmieciński i prof. Tadeusz Poklewski-Koziełł. I to nie tylko te historie, które przeniósł wprost do swoich powieści, ale również i te, które pomogły mu stworzyć ich atmosferę.
Po przeczytaniu tego skromnego objętościowo tomiku (99 stron tekstu) doszedłem do wniosku, że przygoda z archeologią ZN miała dla niego i jego twórczości znacznie większe znaczenie, niż tylko pierwsze, młodzieńcze opowiadanie, ZPS, oraz dwie powieści z wykopaliskami w tle („Uroczysko” i „Skarb Atanaryka”) i kilka nawiązań w innych. To, co wchłonął obcując z archeologami w latach swojego „Sturm und Drang” – jak sądzę – było – między innymi oczywiście – tym „paliwem”, którego nie zabrakło mu do końca. Postaram się to wykazać.
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Nietajenko 2018-03-27, 06:11, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 78 razy
Wiek: 46
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 21343
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-26, 22:19:13   

Z24 napisał/a:
No i udało mi się zdobyć „Ścieżki archeologów” Andrzeja Nadolskiego.

Kupiłeś, czy pożyczyłeś? Bo chętnie bym tez przeczytała. :)

Z24 napisał/a:

odnosi się wrażenie, że to właśnie prof. Andrzej Nadolski był takim cicerone ZN na ścieżkach archeologii. W każdym razie we wspomnieniach i relacjach Profesora można wyczuć ten sam klimat, uchwycony przez ZN i zaklęty w jego powieściach.

W pewnym sensie niewątpliwie, bo w końcu to do jego ekspedycji trafił na początku. Chociaż lekko paradoksalna ta rola cicerone, biorąc pod uwagę, że ponoć za sobą nie przepadali. ;-)

Z24 napisał/a:

znał dobrze te historie z opowiadań albo samego prof. Andrzeja Nadolskiego albo też innych uczestników wydarzeń, jak oczywiście (i zapewne między innymi) prof. prof. Jerzy Kmieciński i Tadeusz Poklewski-Koziełł. I to nie tylko te historie, które przeniósł wprost do swoich powieści, ale również i te, które pomogły mu stworzyć ich atmosferę.

Podejrzewam, że część tych anegdot mógł słyszeć od JK. A inne (albo nawet te same) pewnie nie raz powtarzano np. przy ogniskach ekspedycji. Ciekawa swoją drogą ta umiejętność relacjonowania ciekawych anegdot w środowisku Archeologów. Mam wrażenie, ze atmosfera w tego typu katedrze różni się od atmosfery na innych wydziałach. Chyba duże znaczenie ma tu wspólne spędzanie części wakacji w obozowych warunkach.

Z24 napisał/a:

To, co wchłonął obcując z archeologami w latach swojego „Sturm und Drang” – jak sądzę – było – między innymi oczywiście – tym „paliwem”, którego nie zabrakło mu do końca. Postaram się to wykazać.

Masz na myśli tę tęsknotę za przygodą biwakowym życiem, fascynację zabytkami i historią oraz podkreślaną często umiejętność wyobrażania sobie, jak kiedyś ludzie żyli/myśleli? Czy jakieś konkretne elementy twórczości?

Jeśli chodzi o te pierwsze, to podobne ciągoty można u niego zaobserwować w pierwszej powieści. A więc jeszcze przed bliższym poznaniem środowiska archeologów. Co by wskazywało na to, że już wcześniej w nim TO siedziało.
_________________
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-27, 00:03:47   

Berta von S. napisał/a:
Z24 napisał/a:
No i udało mi się zdobyć „Ścieżki archeologów” Andrzeja Nadolskiego.

Kupiłeś, czy pożyczyłeś? Bo chętnie bym tez przeczytała. :)


Nabyłem drogą kupna. Tak, że...

Berta von S. napisał/a:

Z24 napisał/a:

To, co wchłonął obcując z archeologami w latach swojego „Sturm und Drang” – jak sądzę – było – między innymi oczywiście – tym „paliwem”, którego nie zabrakło mu do końca. Postaram się to wykazać.

Masz na myśli tę tęsknotę za przygodą biwakowym życiem, fascynację zabytkami i historią oraz podkreślaną często umiejętność wyobrażania sobie, jak kiedyś ludzie żyli/myśleli? Czy jakieś konkretne elementy twórczości?


No, chociażby przytoczony przeze mnie kawałek odnośnie pomyłki kierownika tuczarni-trutowiska. Jeżeli przyjąć, że ZN wykorzystał tę anegdotę, to stało się to już po kilku latach pobytu na tym oberlandzkim pastwisku komarów.

I np. ta scena, którą można znaleźć z zacytowanym powyżej przez Johna Dee artykule:

John Dee napisał/a:
W ciągu kilku ostatnich godzin nie wchodziłem do ciasnego wykopu, nie chcąc przeszkadzać tym, którzy bezpośrednio trudzili się nad jego eksploracją, ale gdy wreszcie oczyszczono dno studzienne, gdy dokonano potrzebnych pomiarów, gdy wszyscy z niewątpliwą satysfakcją opuścili głęboką czeluść, postanowiłem zejść na sam dół. Chciałem bezpośrednio przekonać się czy zbadano wszystko co się zbadać dało. Uważałem zresztą, że jako bezpośredni kierownik ekspedycji muszę wleźć dla zasady tam, dokąd włazili inni. Cóż, był rok 1950 i obywatele PRL, a zwłaszcza przedstawiciele roczników około 1920 nie odzwyczaili się jeszcze od dość niefrasobliwego traktowania własnych i cudzych kości. Nie powiem, żebym nie miał… tremy, gdy stałem na najwyższym szczeblu drabiny, spoglądając w ciemniejącą pode mną jamę. Nie dodała mi też otuchy flegmatyczna uwaga pana Massena, łęczycanina, naszego długoletniego współpracownika: „niech się pan kierownik pośpieszy, bo ta ściana siądzie". Wlazłem, obejrzałem warstwę kamieni, którą było wybrukowane dno studni, i wylazłem godnie, choć bez pośpiechu. Ściana siadła, ale dopiero w pół godziny później, bardzo uprzejmie z jej strony. Ot, miał człowiek więcej szczęścia niż… nie! nie dokończę, nie mogę podrywać mego aktualnego profesorskiego autorytetu. Na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, iż gdy niebawem przyszło nam (ku naszemu lekkiemu przerażeniu!) rozkopywać następną studnię grodową, zastosowaliśmy od razu stemplowanie, a kiedy nie udało się mimo wszelkich starań zdobyć odpowiedniej ilości drew na na stemple — przerwaliśmy robotę.


Czy ta scena klimatem nie przypomina sceny kiedy Nemsta i redaktor N. wchodzą do walącego się podziemia pod wyspą Uroczyska?

Zwróciłem na to uwagę dopiero w trakcie lektury tej książki, kiedy podobne momenty sypią się w sporej ilości. Dopiero szereg podobnych zdarzeń stwarza tę atmosferę. I jednocześnie na odwrót: zaczyna się dostrzegać tę atmosferę w wielu takich wydarzeniach. Być może jest to nadinterpretacja. Ale jak np. prof. Nadolski wspomina o "ciągu" na badania kurhanów, jaki się wytworzył po pierwszych powojennych badaniach (i jak się skończył), to nie sposób nie skojarzyć tego z treścią i atmosferą "Uroczyska", czy nawet ZPS.

Berta von S. napisał/a:
Jeśli chodzi o te pierwsze, to podobne ciągoty można u niego zaobserwować w pierwszej powieści. A więc jeszcze przed bliższym poznaniem środowiska archeologów. Co by wskazywało na to, że już wcześniej w nim TO siedziało.


Już wyżej o to zahaczyłem. No i w temacie o ZPS zwracaliśmy uwagę, że już wtedy ZN najprawdopodobniej miał jakieś kontakty z archeologami, chociażby w postaci chodzenia na odczyty or something like that:

http://pansamochodzik.net...p=200700#200700
_________________
Z 24
Ostatnio zmieniony przez Z24 2018-03-27, 00:19, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 78 razy
Wiek: 46
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 21343
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-27, 00:24:43   

Z24 napisał/a:

Nabyłem drogą kupna. Tak, że...

No to wpisuję się do kolejki na wypożyczenie!

Z24 napisał/a:

No, chociażby przytoczony przeze mnie kawałek odnośnie pomyłki kierownika tuczarni-trutowiska. Jeżeli przyjąć, że ZN wykorzystał tę anegdotę, to stało się to już po kilku latach pobytu na tym oberlandzkim pastwisku komarów.

I np. ta scena, którą można znaleźć z zacytowanym powyżej przez Johna Dee artykule...

Czy ta scena klimatem nie przypomina sceny kiedy Nemsta i redaktor N. wchodzą do walącego się podziemia pod wyspą Uroczyska?

Kierownik tuczarni zdecydowanie. :)

Co do studni nie jestem przekonana, bo nie ma aż tak wiele elementów wspólnych.
Więcej jest chociażby w negowanej przez Ciebie koncepcji zapożyczenia od Pani Labiryntu.

Z24 napisał/a:

JUż wyżej o to zahaczyłem. No i w temacie o ZPS zwracaliśmy uwagę, że już wtedy ZN najprawdopodobniej miał jakieś kontakty z archeologami, chociażby w postaci chodzenia na odczyty or something like that:

Tak mi się wydawało po lekturze ZPS. Byłam nawet przekonana, że chodzi o Konrada Jażdżewskiego (bo jednak podejrzane to podobieństwo nazwisk i zbieżność z prowadzonymi przez KJ akurat tam badaniami). Ale jak na razie nic tego nie potwierdza. A profesor Kmieciński był zdania, że ZN nie miał wcześniej kontaktu z archeologami. Więc może ten archeologiczny motyw z ZSP jest jedynie echem jakichś historii o archeologach, które opowiadano w Witowie?
_________________
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-27, 10:58:16   

Berta von S. napisał/a:
Z24 napisał/a:

Nabyłem drogą kupna. Tak, że...

No to wpisuję się do kolejki na wypożyczenie!


Jak na razie jesteś dopiero pierwsza.


Berta von S. napisał/a:
Więc może ten archeologiczny motyw z ZSP jest jedynie echem jakichś historii o archeologach, które opowiadano w Witowie?


Również niewykluczone, gdyż jeszcze przed wojną w sieradzkiem przeprowadzono coś w rodzaju inspekcji czy inwentaryzacji tego rodzaju kopców. Mam gdzieś jakiś materiał.
_________________
Z 24
 
 
Milady 
Moderator
Rzecznik prasowy forum Forumowa łazęga



Pomogła: 44 razy
Wiek: 28
Dołączyła: 03 Lut 2011
Posty: 4820
Skąd: Bezludna wyspa
Wysłany: 2018-03-27, 14:20:32   

Z24 napisał/a:
Jak na razie jesteś dopiero pierwsza.


W takim razie będę druga.

Z24 napisał/a:
Po przeczytaniu tego skromnego objętościowo tomiku (99 stron tekstu) doszedłem do wniosku, że przygoda z archeologią ZN miała dla niego i jego twórczości znacznie większe znaczenie, niż tylko pierwsze, młodzieńcze opowiadanie, ZPS, oraz dwie powieści z wykopaliskami w tle („Uroczysko” i „Skarb Atanaryka”) i kilka nawiązań w innych. To, co wchłonął obcując z archeologami w latach swojego „Sturm und Drang” – jak sądzę – było – między innymi oczywiście – tym „paliwem”, którego nie zabrakło mu do końca. Postaram się to wykazać.


Zabrzmiało tak, że już nie mogę się doczekać czegóż to więcej mogłeś się doszukać.
_________________


Zmierzch to okres pomiędzy dniem a nocą, w tym czasie ostatnie promienie światła mogą natrafić na coś nieludzkiego...
 
 
Z24 
Forumowy Badacz Naukowy



Pomógł: 29 razy
Wiek: 55
Dołączył: 01 Gru 2012
Posty: 7273
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-27, 22:54:37   

Milady napisał/a:
Zabrzmiało tak, że już nie mogę się doczekać czegóż to więcej mogłeś się doszukać.


Poza tą najbardziej wyrazistą przygodą kierownika tuczarni-trutowiska i historią pewnego skarbu (o czym jeszcze napiszę), to właściwie ogólny klimat (w tym i poczucie humoru), no i te same miejsca, te same czasu i ci sami ludzie...

Myślę, że w tę koncepcję nieźle się wpisuje przywołanie postaci Babiego Lata w PSiZF. Jedyny chyba taki moment w kanonie, gdzie pojawia się postać z dawniejszych przygód. Czasem się o nich wspomina, ale raczej się nie pojawiają. No, może jeszcze Wilhelm Tell w NPPS, ale tam nie ma aż takiego przedziału czasowego. W PSiZR PS nie odwiedza Marty...
_________________
Z 24
 
 
Berta von S. 
Matka Wspierająca
nienackofanka



Pomogła: 78 razy
Wiek: 46
Dołączyła: 05 Kwi 2013
Posty: 21343
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-03-28, 09:58:40   

Z24 napisał/a:
W PSiZR PS nie odwiedza Marty...

Fakt! Wcześniej się jakoś nad tym nie zastanawiałam, ale aż dziwne, że przynajmniej nie wspomniał o tej postaci.
_________________
 
 
Nietajenko 
Moderator
Z-ca Przewod. Kapituły Samochodzik. Książka Roku



Pomógł: 29 razy
Wiek: 40
Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 12465
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2018-03-29, 06:55:47   

Berta von S. napisał/a:
Z24 napisał/a:
W PSiZR PS nie odwiedza Marty...

Fakt! Wcześniej się jakoś nad tym nie zastanawiałam, ale aż dziwne, że przynajmniej nie wspomniał o tej postaci.

Bo Marta wówczas już była po studiach, mieszkała i pracowała w Instytucie Rybactwa Śródlądowego Akademii Rolniczo Technicznej w Olsztynie.
_________________
Grunt się nie przejmować i mieć wygodne buty

 
 
irycki 
Fanatyk Samochodzika
Pan Motocyklik



Pomógł: 9 razy
Wiek: 52
Dołączył: 13 Paź 2015
Posty: 3092
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2018-03-29, 06:57:47   

Nietajenko napisał/a:
Berta von S. napisał/a:
Z24 napisał/a:
W PSiZR PS nie odwiedza Marty...

Fakt! Wcześniej się jakoś nad tym nie zastanawiałam, ale aż dziwne, że przynajmniej nie wspomniał o tej postaci.

Bo Marta wówczas już była po studiach, mieszkała i pracowała w Instytucie Rybactwa Śródlądowego Akademii Rolniczo Technicznej w Olsztynie.


Przecież miała wrócić nad Jeziorak, przejąć gospodarstwo po rodzicach i prowadzić je bardziej "naukowo" :027:
_________________


Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
samozwańczy prezes Klubu Martologicznego
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Reklama:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo

Strona wygenerowana w 0,41 sekundy. Zapytań do SQL: 15